Brak rękawic, ciosy głową, a z ringu jako wygrany wyjdzie ten, który nie padnie. To film? Nie, to sport zwany lethwei, czyli boks birmański. Na gale w Mjanmie przychodzą dziesiątki tysięcy osób. Coraz częściej na imprezach w Yangonie zobaczyć można fighterów z zagranicy. W tym gronie znalazł się także polski zawodnik – Artur Saładiak.

(wypowiedzi pochodzą ze stycznia 2018, dodatkowa część rozmowy do odsłuchania TUTAJ)

Polak był jednym z najlepszych w swojej kategorii, a także posiadaczem pasa World Lethwei Championship – wiodącej organizacji w najbardziej hardkorowej formule uderzanej.

Z boiska na ring
„Sałder” pochodzi z Mirosławic w województwie Zachodniopomorskim. Obecnie jest jednym z licznych przedstawicieli polskiej społeczności na Wyspach Brytyjskich. Wyjechał w 2011 roku i zanim zajął się sportami walki, marzył o karierze piłkarza. Jego profil można znaleźć chociażby na serwisie 90minut.pl. Był nawet bliski związania się z wówczas trzecioligowym zespołem, który obecnie gra w jednej z najwyższych klas rozgrywkowych. Sam jednak nie chciał zdradzić, o który klub chodziło. Niedługo potem, jak wielu rodaków, wyemigrował. Po jakimś czasie zdecydował się nawet kontynuować przygodę z piłką, ale jak to często bywa w takich przypadkach, wszystko zmieniła kontuzja.

  • Niestety w jednym z meczów chłopak skoczył mi na kolano i je całkowicie rozwalił. Przez 9 miesięcy się całkowicie nie ruszałem. Przytyłem niesamowicie i miałem ogromną nadwagę. Ważyłem prawie 100 kg. Jak już mogłem się w miarę ruszać, to powiedziałem sobie, że muszę coś z tym zrobić. Zacząłem więc biegać. Któregoś dnia znalazłem klub kickbokserski. Że przez całe życie byłem w sporcie i miałem wpojone systematykę i pracowitość, po dwóch miesiącach stoczyłem pierwszy amatorski pojedynek w formule K-1.

Saładiak przeszedł więc bardzo podobną drogę na salę treningową, jak wielu innych kickbokserów, głównie z Holandii, którzy przez uraz musieli porzucić plany kariery piłkarskiej. Obecnie cały swój wolny czas poświęca treningom. Wstaje wcześnie rano, aby biegać, potem idzie do pracy na stanowisku operatora maszyny budowlanej, a następnie na treningi. Wraca do domu ok 22-23. Były plany, aby prowadzić swój własny klub, ale jak sam przyznaje, nie mógłby w stu procentach skupić się na przygotowaniach do występów.

To tak jakbyś walczył na ulicy, tylko że z zawodowcami”
Jak trafił do Birmy? Po prostu jego kolega klubowy nie mógł przyjąć oferty i miał go zastąpić właśnie Polak. Zanim jednak to się stało, musiał przesłać promotorowi swoje walki, w celu weryfikacji. Wcześniej miał występy na zasadach K-1 i muay thai, ale lethwei jest czymś naprawdę wyjątkowym, do czego nie każdy się nadaje.

Trzeba być bardzo odpornym psychicznie. To tak jakbyś walczył na ulicy, tylko że z zawodowcami. Nie dość, że walczy się bez rękawic, to jeszcze można uderzać głową. Jak mój trener wysłał im moje walki, oni mnie obejrzeli i zdecydowali się mnie tam wziąć. Jeżeli nie wygra się przez nokaut, to walka jest weryfikowana jako remis.

Według tradycyjnych zasad jedyną metodą zwycięstwa jest nokaut, bądź techniczny nokaut. Wylicza się do dziesięciu, choć sędziowie robią to wolniej i w praktyce trwa to 20 sekund. Zanim dojdzie do ośmiu, narożnik może zdecydować, czy chce wziąć czas. Wtedy znokautowany ma dwie minuty na dojście do siebie i wznowienie pojedynku. Z tego swoistego „koła ratunkowego” można skorzystać raz w trakcie pięciorundowego starcia. Ponadto można także, niczym w zapasach, rzucić przeciwnika o matę, co np. w muay thai jest zabronione. Sport ten zdobywa coraz większą popularność m.in. w Japonii, gdzie już nieźle radzi sobie, stosująca reguły tradycyjne, tokijska International Lethwei Federation Japan. Osobnym, ale bardzo ciekawym zagadnieniem są także bandaże, których używa się zamiast rękawic.

  • Przed walką bandaże są moczone w lodowatej wodzie przez jakieś 20-30 minut. Pół godziny przed wejściem na ring zakładają je na ręce. To nie są takie owijki jak w boksie, to cieniutkie bandaże. Nie wiem do czego nawet to porównać. Oni robią to w specyficzny sposób, że owijają je wokół palców, że wszystko ładnie przylega do dłoni, a na koniec zakładają taśmę izolacyjną w kolorze narożnika.

Dzięki brakowi rękawic, a także możliwości uderzeń głową, mocno zmienia się podejście do walki i spis rzeczy, na które szczególnie trzeba uważać. Podkreślił to sam Artur, który bił się wcześniej na pełnych zasadach boksu tajskiego, z pięcioma rundami i uderzeniami łokciem.

  • Jest o wiele trudniej z obroną. Na moje szczęście nigdy nie chowałem się za gardą, jak ktoś mnie atakował. Moją defensywą jest zawsze atak. Jak walczysz w rękawicach, przyjmujesz wszystkie ciosy na ręce. W lethwei jak schowasz się za gardą, to wszystko przechodzi, bo jest o wiele mniejsza przestrzeń. Nawet jak się jakoś zasłonisz, to wchodzą w Ciebie głową i masz od razu rozcięty łuk brwiowy. Musieliśmy też dużo pracować nad klinczem. W muay thai trzeba uważać tylko na łokcie, a w lethwei także na ciosy głową. Musiałem trzymać własną głowę bardzo blisko rywala, aby nie miał miejsca do takiego uderzenia. Poza tym w klinczu biją mocno w tułów. W MT tego się nie robi. Przez to, że w lethwei nie ma rękawic, każde uderzenie w korpus zabiera więcej energii. Rękawica amortyzuje uderzenie i nie jest ono tak silne, nie zabiera tyle oddechu. Jak jednak dostaniesz z gołej pięści po żebrach, to możesz być nawet wyliczony.

Dwa światy
Między Tajlandią i Birmańczykami panuje zażarta rywalizacja i dość chłodne wzajemne stosunki. Przekłada się to na świat sportów walki w tamtym rejonie, bo Tajowie rzadko wysyłają swoich ludzi za zachodnią granicę i odwrotnie. Ludzie z Mjanmy zresztą twierdzą, że ich sport jest o 500 lat starszy. Tajlandia jest krajem stabilniejszym i bardziej rozwiniętym, także ze względu na turystów. W byłej Birmie rządzą wojskowi, co mówi samo za siebie. Nie jest to tak chętnie uczęszczany szlak przez przyjezdnych chcących pozwiedzać, bądź po prostu wylegiwać się na plażach. Może to być jednak w pewnym sensie błogosławieństwo. Różnice w mentalności wytłumaczył „Sałder”, który poznał oba narody.

  • W Tajlandii ludzie są bardzo otwarci i życzliwi. Ten kierunek zrobił się bardzo popularny i wielu ludzi zaczęło tam wyjeżdżać. Nauczyło to tamtejszą ludność trochę złych zachowań. Przyjezdni z zachodu wpoili tam pazerność, chytrość. Zasadniczo chodzi o zarabianie na turystach. Są mili, ale w przyjaznym zachowaniu mają swój sekret i coś od ciebie chcą. Non stop nękają turystów, podobnie jak na plaży w Polsce. Ciągle ktoś chce, żebyś coś od niego kupił. Okulary, rękawice, buty… Strasznie przyciskają, żeby zarobić. W Birmie życzliwość i chęć pomocy jest niesamowita. Mimo że nic nie mają, mogą oddać połowę. Właśnie przez to ten kraj mnie bardzo urzekł.

Był tytuł, teraz czas na Chwałę
„Sałder” stoczył 4 pojedynki dla World Lethwei Championship. Jest to największy promotor na świecie, który od 2017 roku zorganizował 11 imprez. Każda z nich cieszyła się ogromnym zainteresowaniem, a na trybunach pojawiały się znane osobistości. Ich oprawa była godna wielkiego wydarzenia sportowego, a zawodnicy chwalą sobie profesjonalizm federacji, która wszystkie gaże płaci w dolarach amerykańskich. Aby ściągać coraz więcej fighterów z różnych stron świata, zmodyfikowano nieco zasady, upodabniając je do tych z większości gal kickbokserskich. Pojawili się sędziowie punktowi, liczy się standardowo 10 sekund i niemożliwe jest wzięcie czasu po wylądowaniu na deskach. Oczywiście nadal walczy się bez rękawic przez trzy, cztery lub pięć trzyminutowych rund.

Debiut w czerwcu 2017 miał wyjątkowy, bo od razu w wydarzeniu wieczoru z uchodzącym za jednego z większych mistrzów Soe Lin Oo. Jako pierwszy zawodnik z zagranicy w WLC wygrał w konfrontacji z reprezentantem gospodarzy, z którym później stoczył remisowy rewanż na tradycyjnych zasadach. Siedem miesięcy po debiucie przyszedł kolejny zwycięski pojedynek, tym razem z Rumunem Aleksem Bubleą. W lutym miał bić się w końcu o tytuł, ale ze względu na kontuzję rywala przeniesiono to starcie na czerwiec 2018. Pokonał przez nokaut w 4. rundzie Saw Ba Oo i sięgnął po upragniony pas w kategorii -71 kg. Niestety ponad rok później musiał uznać wyższość Sashy Moisy, znanego z udziału w zeszłorocznym turnieju ONE Championship. Ukrainiec wygrał przez decyzję po pięciu rundach, ale polski zawodnik kilkakrotnie trafiał po jego ciosach na deski. To był dotychczas jego ostatni występ dla WLC.

Saładiak często podkreślał, że chciałby zaistnieć w zachodnim świecie kickboxingu. Marzył o walkach dla Glory i w 2019 roku udało się zrealizować ten plan, chociaż z falstartem. W październiku zadebiutował na gali w Dusseldorfie w starciu z mistrzem W5 Vladem Tuinovem. Poukładany boksersko Rosjanin wygrał tą walkę, w jednej z rund powodując nawet knockdown.

Glory swego czasu mocno mocno działało w poszukiwaniu talentów na rynku brytyjskim, także przez turnieje Road to Glory. Na jednym z nich w 2017 roku miał wystąpić właśnie Saładiak. Niestety, zawieszenie medyczne po wziętym na ostatnią chwilę starciu z Youssefem Boughanemem sprawiło, że nie mógł tam wystartować.

Polak rywalizuje w trzech formułach i nie zamierza iść w kierunku wąskiej specjalizacji. Sam jednak przyznawał, że najbardziej lubi walczyć w stójkowym odpowiedniku vale tudo.

  • Najlepiej odnajduję się w lethwei. Bardzo lubię klincz i używać łokci, a w K-1 tego nie można. Znowu w muay thai punktacja w pojedynkach pięciorundowych mi nie pasuje przez to, że ja lubię szybko zaczynać walki, a do dwóch pierwszych rund nie przywiązuje się takiej uwagi. Ja uwielbiam używać rąk bardziej niż kopać. Z kolei w boksie tajskim nogi docenia się bardziej niż ręce. W lethwei każda runda i każdy cios są tak samo ważne.

„Orła Cień” w Yangonie
Artur Saładiak wyjechał co prawda w 2011 roku, ale nie traci kontaktu i więzi z ojczyzną, także tą małą.

  • Przez to, że jestem zagranicą, moja sympatia do Polski nawet wzrasta. To nie jest tak, że ona zanika i ojczyzna schodzi na drugi plan. Wręcz przeciwnie, jak przyjeżdżam to lubię współpracować z tamtejszymi ludźmi. Zawsze podkreślam skąd pochodzę – z takiej małej miejscowości Mirosławice, która ma 300 mieszkańców. Nie musisz być z dużego miasta, żeby osiągnąć jakiś sukces i to chcę także pokazać.

Można także powiedzieć, że Artur na Dalekim Wchodzie promował również polską popkulturę. Do jednej z walk w WLC wyszedł przy dźwiękach utworu… „Orła Cień” grupy Varius Manx. Sam poza tym bardzo chciałby zawalczyć w końcu w Polsce.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here